Tak, zrobiłem to… Kupiłem gravela… Marin Four Corners zawitał w mojej satajni. Dlaczego? Bo chciałem, chciałem go po prostu mieć! To taka fascynacja od pierwszego wejrzenia. Teraz z każdą jazdą, z każdym kolejnym wypadem rowerowym ten stan się pogłębia, a ten dzikus coraz bardziej mnie pozytywnie zadziwia. Ale po kolei… Zaczęło się całkiem nietypowo i dosyć niespodziewanie.

Już od pewnego czasu nosiłem się z zamiarem nabycia nowego dwukołowca do swojej stajni. Przez jakiś czas był plan na fulla do enduro, który teoretycznie miał zaspokoić moje ciągoty ku rejonom nieodkrytym i rzadko uczęszczanym przez człowieków a tym bardziej tych na bikeach. Jako, że ewolucja to postęp, to zmiany i rozwój ku wyższym poziomom, mój cel osiągnął kolejny level… Rower wyprawowy, taki na długie dystanse, taki który pojedzie w każdym terenie i się nie zmęczy. I stało się… Trek wypuścił w ubiegłym roku model, który chwycił mnie za serce swoją wizualnością. Rower, który wydawał się spełnieniem moich oczekiwań. Miał tylko jeden feler… a właściwie było ich jedenaście tysięcy… Te jedenaście tysięcy felerów Treka chodziło za mną dość długo. Do czasu, kiedy na jednym z wypadów rowerowych kolega stwierdził, że na trasę którą realizowaliśmy wolałby zabrać swojego gravela. Wolałby ją przejechać na gravelu a nie na góralu… Jak? Wolał na gravelu przeciskać się przez leśne dukty pokryte korzeniami i gałęziami, po śniegu, po pagórkach i innych nierównościach. Dał mi do myślenia… Pod wpływem jego przekazu wybrałem się do zaprzyjaźnionej jaskini radości dla rowerowych zapaleńców i tam doznałem olśnienia… Panowie w swym profesjonalizmie dozowali mi emocje i pokazywali coraz to inne propozycje z gatunku żwirowców. Począwszy od bardziej szoso- i przełajo- podobnych i przechodząc płynnie do rasowych wyprawówek. Stało się… moje oczy ujrzały czarno-miętowego na oldschoolowych oponach Marina… Stalowa rama, ordynarnie prosta konstrukcja wyglądem przypominająca rowery sprzed kilku dekad i niespotykana w innych gravelach ilość miejsc montażowych do akcesoriów bagażowych. Od razu wiedziałem, że to ten… Tak to on! Tak stałem się pojechanym punkcie gravela właścicielem Marin Four Corners

Four Corners został zaprojektowany tak, żeby był ostatnim rowerem którego potrzebujesz, bez względu na to co przyniesie przyszłość.” Takimi słowami promuje Marin Four Corners. I wiecie co? Ja po tych kilku setkach kilometrów targania go w bardzo różny teren w pełni się z nimi zgadzam!

Tak jak we wszystkich wcześniejszych rowerach, które miałem okazję dosiadać byłem w stanie znaleźć coś co mnie mogło do niego zniechęcić, tak w tym przypadku nie jestem w stanie… Więcej! Za każdym przejechanym kilometrem coraz bardziej go lubię… Po tych kilku akapitach rozpływania się nad jego wspaniałością poniżej kilka zdań co w nim jest takiego, że jest taki dobry…

Po pierwsze to co widać na pierwszy rzut oka… Wizualnie jest inny od tego co widzimy na szlakach, czy w folderach. Producenci prześcigają się w geometrii, tłoczeniach i przeciąganiach ram i widelców. Aerodynamika niemalże rodem z F1… Marin Four Corners jest (jak to już określiłem) ordynarnie prosty… Wydaje się pospawany z kilku prostych rurek. I to w nim jest piękne. Kolorystyka proponowana przez Marina podkreśla te walory. Za jego prostotą w wizerunku idzie również prostota w konstrukcji. Zastosowane komponenty to sprawdzona w bojach na szlakach grupa Sora od Shimano w konfiguracji 3×9. Układ hamulcowy to mechaniczne zaciski Tektro z tarczą 160mm. Konstrukcja prosta, ale bardzo skuteczna. To wszystko zawieszone na ramie ze stali chromowo molibdenowej. Odpuszczę sobie zagłębianie się w szczegółową specyfikację bo możecie ją sobie przeanalizować na stronie producenta TUTAJ.

Moje wrażenia z jazdy? Wygodnie, sprawnie, szybko i przyjemnie… Ale to wszystko to kłamstwo… To kłamstwo, bo prawda jest taka, że jazda nim to zaje…ista przyjemność! Chcesz lecieć po asfalcie? Lecisz! Masz ochotę myknąć do lasu? W czym problem? Skok w bok i gonisz przez las… Testowałem go już na różnych nawierzchniach w różnych warunkach. Był super asfalcik na Żuławach, ale pod wiatr… Jeździłem nim po leśnych duktach Szwajcarii Kaszubskiej. Wielokrotnie na odcinakach szutrowych, gdzie sprawował się znakomicie. Zasmakował również grząskiego wsysającego błota. Było trudno, ale Ci co byli na góralach i nieco grubszych oponach też mieli sporo problemów.  Jedyny teren jakiego jeszcze na Four Cornersie nie zasmakowałem to piachy… Ale w tym przypadku nie wymagam od niego cudów. To nie FatBike… Aczkolwiek według danych producenta można go obuć w oponę o grubości nawet 2 cale. Fabrycznie toczy się na oponach 1,7 cala. Rower jest bardzo dobrym towarzyszem wypraw. Nawet na dłuższych dystansach nie czuć znacznie zmęczenia. Oczywiście to stwierdzenie dość subiektywne, ale porównując z rowerem szlakowym lub mtb różnica jest mocno zauważalna. Zauważalna jest również i jeszcze inna kwestia… Marin Four Corners nie ma na przednim kole amora… No nie ma i mieć nie będzie! Dlatego pokonywanie stromych, kamienistych zjazdów wymaga szczególnej uwagi i ostrożności. Na pierwszym wypadzie takiej nie zachowałem, poleciałem na zjeździe tak jak bym to robił na mtb i … No właśnie popełniłem błąd, który wybaczy Wam rower z amortyzatorem. Niestety Marin mi nie wybaczył i śmignąłem szlifem po bruku… Bolesne odczucie, ale lekcja na długi czas. Już na pierwszym wypadzie w teren mój Marin doświadczył mnie lekcją pokory. To w kwestii zjazdów. Natomiast pokonywanie na nim podjazdów nawet tych dość stromych wydaje się być łatwiejsze niż na mtb. To co wymaga (z mojego punktu widzenia) zmiany to konfiguracja napędu. Na tylnym kole zastosowano fabrycznie kasetę z dużą zębatką 34 zęby. Ja bym wolał o dwa zęby więcej. Niby tylko 2 zęby, ale na podjazdach jednak robi różnicę. To w przypadku mojego Marina będzie chyba jedyna modyfikacja. Reszta komponentów współpracuje chętnie i bez fochów nawet w trudnych warunkach. Ze względu na obecnie panujące warunki atmosferyczne mojego Four Corners’a doposażyłem w długie błotniki SKS i chlapacz na przodzie. To również był bardzo dobry pomysł… po długim czasie zacząłem wracać z rajdu po leśnych bezdrożach wyglądając jak człowiek a nie błotny borostwór. Chyba się do tego przyzwyczaję… 😉

W podsumowaniu najtrafniej było by mi zacytować ponownie sentencję z reklamy Marina, ale myślę, że nie ma potrzeby się powtarzać. Mam nadzieję, że moje wrażenia Wam nieco przybliżyły ten model, ale decyzja dotycząca ewentualnego zakupu należy do Was. Pamiętajcie roweru nie kupuje się dla marki czy dla mody. Bo taki model teraz jest trendy… Rower jeżeli ma dawać zadowolenie musi być częścią rowerzysty. To trzeba poczuć… Dla mnie ten rower to jeden z lepszych modeli w mojej stajni. Zakup tego Marina jedną z lepszych decyzji jakie ostatnio podjąłem. A jeżeli też będziecie mieli ochotę zasmakować tej przyjemności to polecam wizytę u speców od rowerów… Tutaj zdanie promo… Za doskonałe przygotowanie sprzętu, oraz fachowe doradztwo podziękowania należą się ekipie ze sklepu rowerowego TYSAR w Gdańsku.

Autor: Piotrek Książek

Zdjęcia: Piotrek Książek

2 komentarze

  1. Do tego modelu zapałałem podobną miłością co autor recenzji. Poprzednio jeździłem na wypasionej karbonowej kolarzówce, lecz bardzo korciło mnie do zjazdów z asfaltu, toteż popadłem w drugą skrajność i po jej sprzedaży kupiłem równie wypasionego MTB z pełną amortyzacją – ciężki traktor na 29` kołach. I to był błąd. Przez kolejne miesiące próbowałem siebie przekonać, że jazda tym rowerem sprawia mi wielką frajdę. O ile same krótkie przejazdy po wymagających terenowych trasach były super, o tyle dojazdy do nich to była prawdziwa udręka. Rower ten wydawał mi się nieporęczną taczką na amortyzatorach, które pochłaniały całą siłę mych nóg, tak że po kilkudziesięciu kilometrach czułem się, jakbym wracał po całym dniu spędzonym na budowie. Szukałem więc dalej i wtedy dowiedziałem się o gravelach, czyli takich terenowych kolarzówkach. Wiedziałem już, że to jest typ roweru, który powinienem był kupić zamiast MTB, ale nie spodziewałem się, że Marin Four Corners, który przy tych poprzednich jest rowerem o połowę tańszym z o kilka klas niższym osprzętem, stanie się moją prawdziwą rowerową miłością. Genialna geometria, świetne – a na pewno wystarczające dla amatorów – osiągi, wszechstronność i stal. Ten rower nie jest ładny. Ten rower nie powoduje, że przy wsiadaniu na niego czujesz się jak król jednośladów. Ten rower w roczniku 2018 wygląda jakbyś go kupił dwadzieścia lat temu. Ale to właśnie na tym rowerze jeździ się super! To właśnie ten rower sprawia, że przestajesz być rowerowym gadżeciarzem walczącym o każdy gram niższej wagi, tylko na nowo odkrywasz, to co w jeździe rowerem jest najważniejsze – samą frajdę z jazdy właśnie! Wszyscy kumple, którym dałem się przejechać, powtarzali to samo. Jeździ się super. Polecam całym sercem i oby Four Corners nigdy się nie zmienił.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *